
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Multiupload zdjęć - wrzuć kilkadziesiąt zdjęć za jednym razem!
Jutro lecimy z samego rana do Paragwaju. Na wszelki wypadek, zeby nie spoznic sie na samolot, przyjechalismy tu nocnym autobusem z Potosi, przy okazji malo nie zamarzajac (jak w Boliwii mowia, ze bedzie ubikacja albo ogrzewanie w autobusie, to im nie wierzcie). Nie ma tu zbyt wiele do zobaczenia (jakkolwiek samo miasto wydaje sie dosc przyjemne, w szczegolnosci w porownaniu do La Paz). Jedynym wartym uwagi (wg nas) obiektem okazal sie posag Chrystusa gorujaca nad miastem - wieksza nawet niz slynny Christo Redentor w Rio de Janeiro.



W Boliwii wszystko jest zawsze dobrze ogrodzone. Nawet plac zabaw dla dzieci ogrodzony jest drutem kolczastym.

PS. Dodalem troche zdjec do poprzednich wpisow, zapraszam do obejrzenia.
Tagi: Chrystus , posąg , Cochabamba , Boliwia
Wlasnie wrocilismy do Uyuni. Za nami trzy dni spedzone na prawdziwym koncu swiata z dala od wszelkiej cywilizacji i musze przyznac, ze jestem calkiem z nich zadowolony. Za 70$ mielismy przez te 3 dni zapewniony transport - Toyota Landcruiser, jedzenie i "noclegi" w jednym z chyba najbardziej niegoscinnych miejsc na Ziemii. Naszymi companeros byli kierowca Severino, kucharka Fabianna i 4 Francuzow (Lorenzo, Chris, Claude i Monique).
Pierwszego dnia wyjechalismy okolo 11:00 z Uyuni. Pierwszym celem bylo odlegle o pare kilometrow cmentarzysko pociagow. Wraki lokomotyw i wagonow lezace od kilkudziesieciu lat na pustyni robia niezle wrazenie i sa wdziecznym obiektem zdjeciowym. Najbardziej zastanawiajacy jest jednak fakt, ze do dzisiaj sie nikt nimi nie "zaopiekowal" (gdyby to bylo w Polsce, w tydzien czasu lokalni zlomiarze rozkradli by wszystko...).


Nastepnie przejechalismy na ogromne solnisko Salar de Uyuni. Jest to wypelnione sola dno bylego slonego jeziora, ktore wyparowalo 10 tys lat temu. Salar jest tak wielki, ze po przejechaniu parunastu kilometrow wglab nie widac nic poza sola az po sam horyzont. Co nie znaczy, ze jest calkiem pusty. Na srodku jest hotel-muzeum zbudowany calkowicie z soli, jest tez troche "wysp".



Dzieki brakowi jakichkolwiek obiektow na horyzoncie, mozna oszukac perspektywe i zrobic troche ciekawych fotek:


Na jednej z wysp (Isla Incahuasi) zjedlismy lunch, mielismy tez troche czasu na obejscie wyspy i pstrykniecie kilku fotek gigantycznych kaktusow. Po poludniu dojechalismy do naszego miejsca noclegu na obrzezu salaru w budynku zbudowanym, jakze by inaczej, z soli. Wbrew obawom, nie bylo tak zle, w nocy bylo cieplej niz w hotelu w La Paz i za jedyne 5 boliwianow byl nawet cieply prysznic.


Drugiego dnia pobudka o 5 z rana i jedziemy ogladac wschod slonca na salarze. Bylo ladniej, ale nie jakos specjalnie pieknie, za to dosc mroznie (jakies -5 stopni). Potem dlugo, dlugo jechalismy przez pustynie i bezdroza, po drodze ogladajac z dala jakis pseudo-aktywny wulkan, kilka kolorowych jezior i zyjace nad nimi flamingi. Widzielismy takze slynny Arbol de Piedra, skale wygladajaca jak drzewo (albo kurczak). W koncu pod wieczor dojechalismy do Laguna Colorada, w poblizu ktorej spedzilismy kolejna noc. Tu juz prysznica nie bylo w ogole, prad byl tylko przez kilka godzin, a temperatura w nocy spadla chyba do -10.









Nastepnego dnia znowu czekala nas pobudka o 5 z rana. Nie jedzac nawet sniadania, jeszcze po ciemku wyjechalismy w kierunku Sol de Maniana, gdzie o wschodzie slonca obejrzelismy gejzery, gorace zrodla i fumarole. Nastepnym punktem programu byla kapiel w basenie z termalna woda. Poranny mroz (-5 stopni) i ciagnacy sie od paru dni katar skutecznie nas z Pawlem do kapieli zniechecily, wolelismy zajac sie zimnym sniadaniem. Potem pojechalismy zobaczyc Laguna Verde, ktora wbrew nazwie, po zlosci, wcale nie byla zielona. Nastepnym przystankiem byla granica z Chile, gdzie wysiadla trojka Francuzow udajacych sie dalej do San Pedro de Atacama. Korzystajac z okazji, my tez na chwile wybralismy sie do Chile (wrocilismy zaraz po udokumentowaniu pobytu w Chile zdjeciami :).




Na koniec pozostal juz tylko dlugi, 8-godzinny powrot do Uyuni. Z wartych odnotowania przystankow, zatrzymalismy sie w miejscu zwanym Valle de Rocas, gdzie mielismy okazje powspinac sie na ostance skalne z czerwonego piaskowca, jakby zywce przeniesione z Utah.


Po drodze zlapalismy tez gume, na szczescie zmiana kola nie potrwala zbyt dlugo. W koncu okolo godziny 5 po poludniu dotarlismy cali i zadowoleni spowrotem do "cywilizacji" w Uyuni.
Tagi: Salar de Uyuni , Arbol de Piedra , Salvador Dali Desert , Laguna Colorado , Laguna Verde , flamingi , Toyota Landcruiser , Boliwia
Zeby nie bylo zbyt rozowo, to sie w miedzyczasie okazalo, ze w Boliwii strajkuja kolejarze i nasz pierwotny plan dalszej podrozy (autobusem do Oruro, pociagiem do Uyuni) trzeba bylo zmodyfikowac. Jedynym sensownym wyjsciem okazal sie nocny autobus "turystyczny" w standardzie gringo (znaczy z ubikacja na pokladzie) za 30$ (Todo Turismo, odjazd z La Paz o 21:00). Dzieki temu mielismy okazje spedzic jeszcze jeden dzien w La Paz (ugh...). Z kronikarskiego obowiazku wspomne, ze zobaczylismy Calle Jean Muesos (4 muzea w jednym). Jakosc ekspozycji wprost proporcjonalna do ceny - 3 boliwiany. Poza paroma zlotymi eksponatami same nudy...
Co do samego autobusu trudno miec zastrzezenia, natomiast sama droga do Uyuni do przyjemnych nie nalezy, po jakichs 4 godzinach jazdy skonczyl sie asfalt i do samego rana tluklismy sie po jakichs wertepach. Podziwiam osoby, ktore moga spac w takich warunkach. Cale szczescie dokladnie wg rozkladu jazdy przybylismy do Uyuni o 7 z rana, wiec bez problemu zdazylismy zalatwic 3-dniowa wyprawe jeepem po Salar de Uyuni i pld-zachodnim zakatku Boliwii.
Tagi: La Paz , Uyuni , Boliwia , pociąg , strajk , Salar de Uyuni
Troche przez ostatnie dni zlenilem sie w pisaniu nowych wpisow, a trudnosci z przegraniem zdjec z aparatu i powolny internet tez nie dzialaly zachecajaco. Dzisiaj male uzupelnienie. W koncu 22 kwietnia zgodnie z planem dotarlismy do Boliwii. Przekraczanie granicy najdziwniejsze jakie do tej pory widzialem: trzeba samemu pofatygowac sie zalatwic wszystkie formalnosci, bo nikt nic nie kontroluje, w przez granice tam i spowrotem mozna chodzic ile dusza zapragnie, z czego korzystaj kury, lamy i zapewne lokalni przemytnicy ;)
Po zalatwieniu wszystkiego zostalismy zapakowani w lokalny busik, ktorym pojechalismy do Copacabany. Tam dowiedzielismy sie, ze dalszy transport do La Paz odjezdza o 13:00. Wyruszylismy zatem sprawdzic ceny po tej stronie granicy (taniej niz w Peru... dobrze) i zjesc cos (znowu zamowilismy cos "nie wiadomo co", zupa byla dobra, na miesie szlo zeby polamac).
Wracamy na 13:00 na autobus, a naszego autobusu ani sladu. Po 20 minutach czekania (czekalo tez kilku innych gringo) lokalny "organizator transportu" kazal zabrac bagaze i zapakowac sie w autobus, ktory caly czas stal po drugiej stronie ulicy. Brawo za refleks :) Potem poszlo juz gladko, wystarczylo poczekac kolejne pol godziny az zebralo sie odpowiednio duzo chetnych i odjechalismy do La Paz.
Nieformalna stolica Boliwii zabija tlumem, halasem, smrodem spalin, stromymi uliczkami i duza wysokoscia (3700 m npm). Z powodu poznej godziny nie pozostalo nic innego jak udac sie do hotelu. Z przewodnika wybralismy HI Continental, 120 boliwianow za dwa lozka z lazienka, zimno w nocy (nieszczelne okna), prawie-cieple prysznice, nie polecam.



Nastepnego dnia oprocz oplacenia naszej wycieczki rowerowej po Drodze Smierci (o czym w nastepnym wpisie), z wartych wyminienia rzeczy zobaczylismy miedzy innymi Plaza San Francisco, Muzeum Koki, Targ Czarownic (moze przywiezc komus zasuszony zarodek lamy albo skore z weza? ;) oraz Valle de la Luna (pare zdjec ponizej). I to by bylo na tyle, szczerze mowiac w tym momencie La Paz mialem juz dosyc.


Tagi: La Paz , Boliwia , zwiedzanie , Copacabana , Valle de la Luna
Niektóre osoby być może natknęły się już w serwisie na planowaną przeze mnie i Pawła wyprawę do Ameryki Południowej. To już za dwa miesiące! Z tego powodu od jakiegoś czasu przeczesuję sieć w poszukiwaniu przydatnych informacji z regionu. To, co dzisiaj znalazłem, rozśmieszyło (??) mnie na tyle, że chyba warto aż wspomnieć na blogu: Nie dolecieli... zabrakło paliwa!.
Jeśli ktoś nie ma czasu na czytanie całej notki (a warto, bo ciekawie napisana jest), to wszystko sprowadza się do tego, że zabytkowy Beoing 727 lini LAB lądował awaryjnie (czy raczej rozbił się) w podmokłym lesie z powodu braku paliwa (zabrakło 5 kilometrów do lotniska w Trinidad!). Pasażerowie mieli niebywałe szczęście - nikt nie zginął, najpoważniejsze obrażenia to złamany obojczyk. Powód? ... zabrakło paliwa!
Planując wyprawę rozważałem, zastanawiałem się, co stanie się, jeśli gdzieś po drodze linie lotnicze zgubią bagaż. Takich cudów nie brałem pod uwagę... ciekawe, czy linie którymi mamy lecieć z Cochabamba do Asuncion również mają takie przygody w ramach swoich programów in-flight entertainment... :)
Tagi: Boliwia , Lloyd Aéreo Boliviano , LAB , samolot , wypadek lotniczy