
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Multiupload zdjęć - wrzuć kilkadziesiąt zdjęć za jednym razem!
Wlasnie wrocilismy do Uyuni. Za nami trzy dni spedzone na prawdziwym koncu swiata z dala od wszelkiej cywilizacji i musze przyznac, ze jestem calkiem z nich zadowolony. Za 70$ mielismy przez te 3 dni zapewniony transport - Toyota Landcruiser, jedzenie i "noclegi" w jednym z chyba najbardziej niegoscinnych miejsc na Ziemii. Naszymi companeros byli kierowca Severino, kucharka Fabianna i 4 Francuzow (Lorenzo, Chris, Claude i Monique).
Pierwszego dnia wyjechalismy okolo 11:00 z Uyuni. Pierwszym celem bylo odlegle o pare kilometrow cmentarzysko pociagow. Wraki lokomotyw i wagonow lezace od kilkudziesieciu lat na pustyni robia niezle wrazenie i sa wdziecznym obiektem zdjeciowym. Najbardziej zastanawiajacy jest jednak fakt, ze do dzisiaj sie nikt nimi nie "zaopiekowal" (gdyby to bylo w Polsce, w tydzien czasu lokalni zlomiarze rozkradli by wszystko...).


Nastepnie przejechalismy na ogromne solnisko Salar de Uyuni. Jest to wypelnione sola dno bylego slonego jeziora, ktore wyparowalo 10 tys lat temu. Salar jest tak wielki, ze po przejechaniu parunastu kilometrow wglab nie widac nic poza sola az po sam horyzont. Co nie znaczy, ze jest calkiem pusty. Na srodku jest hotel-muzeum zbudowany calkowicie z soli, jest tez troche "wysp".



Dzieki brakowi jakichkolwiek obiektow na horyzoncie, mozna oszukac perspektywe i zrobic troche ciekawych fotek:


Na jednej z wysp (Isla Incahuasi) zjedlismy lunch, mielismy tez troche czasu na obejscie wyspy i pstrykniecie kilku fotek gigantycznych kaktusow. Po poludniu dojechalismy do naszego miejsca noclegu na obrzezu salaru w budynku zbudowanym, jakze by inaczej, z soli. Wbrew obawom, nie bylo tak zle, w nocy bylo cieplej niz w hotelu w La Paz i za jedyne 5 boliwianow byl nawet cieply prysznic.


Drugiego dnia pobudka o 5 z rana i jedziemy ogladac wschod slonca na salarze. Bylo ladniej, ale nie jakos specjalnie pieknie, za to dosc mroznie (jakies -5 stopni). Potem dlugo, dlugo jechalismy przez pustynie i bezdroza, po drodze ogladajac z dala jakis pseudo-aktywny wulkan, kilka kolorowych jezior i zyjace nad nimi flamingi. Widzielismy takze slynny Arbol de Piedra, skale wygladajaca jak drzewo (albo kurczak). W koncu pod wieczor dojechalismy do Laguna Colorada, w poblizu ktorej spedzilismy kolejna noc. Tu juz prysznica nie bylo w ogole, prad byl tylko przez kilka godzin, a temperatura w nocy spadla chyba do -10.









Nastepnego dnia znowu czekala nas pobudka o 5 z rana. Nie jedzac nawet sniadania, jeszcze po ciemku wyjechalismy w kierunku Sol de Maniana, gdzie o wschodzie slonca obejrzelismy gejzery, gorace zrodla i fumarole. Nastepnym punktem programu byla kapiel w basenie z termalna woda. Poranny mroz (-5 stopni) i ciagnacy sie od paru dni katar skutecznie nas z Pawlem do kapieli zniechecily, wolelismy zajac sie zimnym sniadaniem. Potem pojechalismy zobaczyc Laguna Verde, ktora wbrew nazwie, po zlosci, wcale nie byla zielona. Nastepnym przystankiem byla granica z Chile, gdzie wysiadla trojka Francuzow udajacych sie dalej do San Pedro de Atacama. Korzystajac z okazji, my tez na chwile wybralismy sie do Chile (wrocilismy zaraz po udokumentowaniu pobytu w Chile zdjeciami :).




Na koniec pozostal juz tylko dlugi, 8-godzinny powrot do Uyuni. Z wartych odnotowania przystankow, zatrzymalismy sie w miejscu zwanym Valle de Rocas, gdzie mielismy okazje powspinac sie na ostance skalne z czerwonego piaskowca, jakby zywce przeniesione z Utah.


Po drodze zlapalismy tez gume, na szczescie zmiana kola nie potrwala zbyt dlugo. W koncu okolo godziny 5 po poludniu dotarlismy cali i zadowoleni spowrotem do "cywilizacji" w Uyuni.
Tagi: Salar de Uyuni , Arbol de Piedra , Salvador Dali Desert , Laguna Colorado , Laguna Verde , flamingi , Toyota Landcruiser , Boliwia