
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Multiupload zdjęć - wrzuć kilkadziesiąt zdjęć za jednym razem!
Dzień 1, czyli rajd dookoła Wałbrzycha
Dzień pełen atrakcji i wrażeń. Już podczas wysiadania z pociągu zawarłem znajomość znajomość parą z Bydgoszczy. Przybyli tutaj, aby wystartować w kolejnej edycji Bike Maratonu.
Wyjeżdżamy z peronu oczywiście nielegalnie przez tory, bo legalnie prowadzi schodami i przejściem podziemnym. To jest idiotyzm!
Spoglądam na mapkę i wspólnie udajemy się w kierunku ich kwatery położonej gdzieś w Szczawnie Zdroju. Od razu na dzień dobry długi stromy podjazd. Tu niemiła niespodzianka: przerzutka tylna chodzi z wielkim trudem i ledwo, co zmieniam biegi. Pech czy niedopatrzenie? Niedopatrzenie, bo nie zrobiłem przed wyjazdem szczegółowego przeglądu. Ale nic to…jedziemy dalej. Małe pytanko do tubylca i mamy skrót. …zakończony zakazem wjazdu. Ignorujemy go i pod prąd zjeżdżamy przez wspaniała parkowa aleje. Trochę kluczymy i już się rozstajemy nieopodal ich kwatery. Od teraz jadę sam. Mogę się skupić na otoczeniu i samej jeździe. Szczawno omijam, chociaż wpadł mi w oko miejscowy deptak. Jadę dalej. W planie mam zamek-pałac w Książu. Droga prowadzi 2-pasmowa obwodnica Wałbrzycha, ale jakoś dziwnie pusta. Może wszyscy mieszkańcy są w kościołach? W końcu to Boże Ciało.
Docieram pod zamek. Przywitał mnie duży, wiekowy i zadbany ogród pałacowy. Sam zamek-pałac nie wywarł na mnie większego wrażenia. Opuszczam pałac i udaje się do Świdnicy. Zamierzam tam dotrzeć oznakowaniem szlakiem legionistów. Prowadzi on cały czas przez las lub zagajniki. W połowie drogi docieram do nieopisanych w przewodniku Pascala ruin. To miejsce w przeszłości mogło służyć jako warowna karczma ze stajniami. Jadę dalej. Szlak ten jest pieszy. Osobiście się o tym przekonałem wpychając pod jedno małe wzniesienie z niemałym trudem mój pojazd. Na pozostałej części jest to piękna droga mogąca z powodzeniem służyć jako szlak rowerowy jednak pokonanie go obładowanym trekingiem było dość męczące. Na całym dystansie minąłem tylko samotnego turystyce i 3 osobowa grupkę nastolatków.
Gdy wjechałem na asfalt, depnąłem mocniej na pedały i w mgnieniu oka dotarłem do Świdnicy. Tu szok! Na jezdni były wymalowane pasy dla rowerów. Ciekawe, dlaczego w tak małym miasteczku można było wyznaczyć taka organizacje ruchu a w Warszawie nie.
Po świdnicy odbywa rundkę po zabytkach, Starym mieście i rynku. Jest ładnie. Następnie kieruje się na ….. Nie jest to łatwe. Mam kilku przewodników, z czego ostatni to ojciec zroweryzowanej rodzinki. Z nimi przejechałem około 20 km. Po drodze użyczyłem im swojej magicznej pompki, magicznej, bo każdy użytkownik się dziwił jak takim maleństwem można szybko napompować dętkę do tak wysokiego ciśnienia w tak krótkim czasie. Tajemnica tkwi w dwukierunkowości tłoka.
Wracając do trasy…prowadziła ona od Świdnicy przez…………. W trakcie pokonywania tej trasy na jednym z postojów zdecydowałem się zarzec do wadliwie działającej przerzutki tylnej. Okazało się, ze tylni pancerz obciera o linkę. Nieznaczne jego skrócenie i kilka kropel oleju do łańcucha rozwiązało problem. Od teraz mam prawidłowo działające komplet przerzutek. Po zjedzeniu obiadu w restauracji znajdującej się na rozstaju dróg zdecydowałem się pojechać mniej uczęszczaną droga, która to doprowadziła mnie do magicznego miejsca. Była to wysoka na około 50 m tama wykonana w całości z kamienia. Miała ona swój urok i może, dlatego cały czas odbywały się po niej wędrówki zmotoryzowanych tubylców. Po odbyciu malej sesji zdjęciowe odbyłem rundkę dookoła zalewu. Na jednym z jego brzegów dostrzegłem rząd domków rekreacyjnych w całości usadowionych na palach. Jak na warunki polskie była to unikatowa architektura.
Wróciłem na trasę. W pewnej chwili zauważyłem szyld „Podziemne miasto-kwatera Hitlera”. Zaintrygowany podążyłem we wskazanym kierunku. Droga zaczęła się wspinać i wspinała się tak przez kilka km. Podjazd był męczący nie tyle z racji nachylenia, co rodzaju drogi ( szutrowo-kamienista), jaki i pogody ( temperatura 32 st C). Po dotarciu na miejsce zobaczyłem 2 bramy z 2 betonowymi strażnicami. W dalszej kolejności moim oczom ukazały się pojazdy i namioty wojskowe oraz 2 wjazdy prowadzące w głąb wzgórza. Wykupiłem bilet i po 20 minutach obowiązkowo uzbrojony w kask budowlany udałem się za przewodnikiem. Od razu dowiedziałem się, ze wzgórze we wnętrzu, którego się znaleźliśmy nosi nazwę „ wzgórza wilków” a łączna długość korytarzy wydrążonych w litej skale wynosi 3 km. Jedna z atrakcji było przepłyniecie łodzią fragmentu zalanych korytarzy, które były tak niskie, ze miejscami siedząc skulony na lodzi muskało się kaskiem niektórych nawisów.
Rower zostawiłem na zewnątrz i jak zwykle wzbudzał zainteresowanie. Nazwany podróżnikiem odpowiedziałem na kilka już tradycyjnych pytań.
Następnie nie chcąc jechać po śladach udałem się w trasę czarnym rowerowym szlakiem Prowadził on dookoła wzgórza po leśnej drodze. Na tej drodze byłem absolutnie sam. Podążając tym szlakiem natknąłem się na tablice szlaków opasujących ten region. Krótkie spojrzenie i już wiem, ze musze się jeszcze udać żółtym szlakiem na kolejne ruiny podziemnego miasta. Dotarłem do nich bez problemu. Były interesujące a zwłaszcza zainteresował mnie fakt, ze strop największego budynku był przystosowany do posadzenia na nim drzew. Kilka zdjęć i udałem się w dalsza trasę i …zabłądziłem. W zasadzie nie zabłądziłem, bo cały czas jechałem szlakiem, ale ów szlak prowadził mnie dokładnie dookoła góry. Wkużyłem się gdyż po drodze nie napotkałem na żaden szlak schodzący w dół zbocza. Wybrałem drogę na skróty, czyli zjechałem pierwsza możliwa droga wytyczona przez ściągane drzewa podczas przecinki. Ta droga nie była taka łatwa, gdyż, chociaż prowadziła w dół to miejscami była najeżona mnóstwem głazów i kamieni a w pewnej chwili zamieniła się w bardzo wąską ścieżka prowadząca przez sam środek pastwiska i …. to nie był koniec przygody gdyż pastwisko było zagrodzone żerdziami, które musiałem zdemolować aby moc przez zagrodę dojechać wreszcie do asfaltowej drogi. Była godz 19.00 wiec musiałem zacząć szukać noclegu. Miałem jeszcze kilka godzin dnia wiec udałem się w dol. W dole była cywilizacja, czyli chałupy porozrzucane wzdłuż drogi i strumienia. Rozglądając się noclegiem kąpielą dotarłem do boiska. Ze to było boisko wskazywały bramki bo nawierzchnia raczej przypominała zapuszczony zagon ziemniaków. Wybrałem kawałek płaskiej gleby, rozstawiłem namiot i po minimalnej toalecie zacząłem pisać relacje dnia. Niestety zmęczenie wzięło gore i po spisaniu statystyki dnia zasnąłem.
Statystyka:
Dystans 73.3 km
Czas Jazdy 5,59 godz
Prędkość średnia 12,2 km/h
Prędkość max 52,2 km/h
Temperatura min 17,6 st
Temperatura max 32,9
Dzień 2, czyli piekło południa.
Pobudka przed budzikiem, czyli przed 6 a potem długotrwała drzemka gdyż temperatura na zewnątrz oscylowała w okolicach 13 st więc ciężko było się wywlec z ciepłego śpiwora. Przemogłem się. Śniadanko i rytuał pakowania, podczas którego musiałem walczyć z licznymi ślimakami bezskorupowymi. W nocy trochę się zregenerowałem, ale co z tego skro od razu z rana czekała mnie mordercza wspinaczka na 650 m npm czyli blisko 400 m przewyższenia. Droga, zresztą główna i jedyna droga w tej wsi (wieś Sierpnie) była coraz węższa, tak wąska, że dla mnie jest zagadką jak mijają się na niej samochody osobowe a co dopiero dostawcze. Podczas kilkudziesiecio minutowej wspinaczki mijał mnie tylko jeden samochód, więc zagadka sama się rozwiązała. Wspinaczka była tak ciężka, że kilkadziesiąt metrów przed szczytem nie dałem rady już jechać i odcinek ten pokonałem wpychając z niemałym trudem mój rower. Na szczycie w ramach odpoczynku wykonałem sesję zdjęciową. Zjazd odbywał się w znacznie innych warunkach albowiem do szczytu droga była nieosłoniętą nawet jednym drzewem natomiast za ciągnęła się w nieprzeniknionym gąszczu iglastych drzew. Zjazd zakończył się w miejscowości Rzeczka. Był to kurort zimowy z licznymi bazami hotelowymi i wyciągami narciarskimi. Byłem w Górach Sowich i one także od razu dały się we znaki. Znowu mnie czekał morderczy podjazd jednak pokonałem go bez odpoczynku. Na szczycie jednak czekał mnie cudowny widok, który rozciągał się także na przyszłą trasę. Trasa zapowiadała się łatwa gdyż ciągłe było w dół. Ruszyłem i od razu potwierdziły się moje przypuszczenia. Praktycznie do samej Nowej Rudy jechałem z górki ze średnią prędkością około 40 km/h. Oczywiście wszystko, co dobre szybko się kończy. I tak mój nieustający zjazd zakończył się tuz za miejscowością ….gdzie znajdował się stary żelazny most kolejowy. Jego konstrukcja była bardzo unikalna, co nieomieszkałem uwiecznić na fotce.
Znowu musiałem rozpędzać mój czołg i po kilku minutach dojechałem do Nowej Rudy. Kilku kilometrowa przejażdżka główną droga i już zjeżdżam w boczna, na którą mnie skierował drogowskaz informujący o kopalni-muzeum z przejażdżka autentycznym górnicza kolejka podziemna. Wykupuje bilet i odpoczywam na barowym krześle. Ubrany w turystyczny mundurek koloru khaki zostałem wzięty za przewodnika. Moim przewodnikiem była Ania, młoda dziewczyna o niewysokim wzroście. Już wkrótce miałem się przekonać, ze ów niewielki wzrost w jej pracy był nadzwyczaj pomocny. I tutaj, podobnie jak na Wilczym Wzgórzu, zostałem przyodziany w kask. Wybrałem autentyczny kask górniczy i autentyczna lamie górnicza, która fachowo przytroczyłem do kasku. Zwiedzanie rozpoczęło się na powierzchni. Było ono przeprowadzone na wesoło, co umiejętnie wykorzystałem.
Udaliśmy się pod ziemie. Cala kopalnia była nieoświetlona wiec lampki górnicze były jedynym oświetleniem. Po przejściu kilku chodników napotkaliśmy Skarbnika…człowieka odzianego w stylizowany strój uszyty ni to z worków ni to ze skrawków futra. Od tej chwili żarty sypały się jak z rękawa. Oczywiście były to żarty na pograniczu czarnego humoru. Kopalnia zrobiła na mnie wielkie wrażenie mimo, ze zeszliśmy tylko na 30 m a nie 650 m.
Po wyjściu pamiątkowa fotka z mila i umorusana węglem ( przez ze mnie) przewodniczka Ania oraz pamiątkowe bicie monety. Zgodnie ze słowami chłopaka obsługującego ręczną prasę, moneta stanowiła niecodzienna pamiątkę.Udaje się w dalsza drogę. Zdecydowałem się na malowniczą drogę prowadzącą przez Tłumaczów.
Temperatura była wysoka, więc gdy dojechałem do miejscowości tłumaczów i zobaczyłem szeroki wartki strumień nie mogłem oprzeć się pokusie schłodzenia rozgrzanego ciała. Woda była głęboka do kolan i przyjemnie zimna. Pobyt w niej przedłużyłem, aby zrobić małe pranie.
Tagi: rower, sakwy, Ortlieb, Nanini, turystyka rowerowa, Kotlina Kłodzka