
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Multiupload zdjęć - wrzuć kilkadziesiąt zdjęć za jednym razem!
Kilka godzin spedzilam w Palacu Topkapi. Jeszcze w srodku poznalam - jak twierdzil - Pakistanczyka z Karachi o afganskich korzeniach, ktore go, jak przyznal ze smiechem, przerazaja. Nazwijmy go Raja. Wyszlam z inicjatywa i wzielam od niego namiary. Na wszelki wypadek.
Zrelaksowalam sie podczas malego co nieco w Lazniach. Warto bylo.
O wiarygodnosci Rajy rozmawialam ze starszym pracownikiem pewnej kafeterii, ktory uznal, ze calkiem prawdopodobne, ze ten pierwszy jest przemytnikiem ludzi. W temacie - 13 martwych osob znaleziono w okolicy Stambulu ze 2 dni temu, pozbyli sie ich handlarze a ponad 100 pozostawili. Zaoferowal, ze zapyta sie znajomego, czy ten zna Raje. Gdyby Raja byl tak naprawde mieszkancem Stambulu, ow znajomy ponoc prawdopodobnie by go znal. Nie znal. Znajomy, ponad 60-letni, jak twierdzil - bezrobotny i zmeczony zyciem, choc sprawiajacy wrazenie nieszkodliwego poczciwca, przyszedl do kafeterii. W trakcie rozmowy zaoferowal, ze poda mi namiary na rodzine w Pakistanie, w tym kogos aktywnego politycznie, jako ze sam oryginalnie jest z Kaszmiru. Przez chwile wahal sie, probujac przypomniec sobie imie kuzyna. Na pytanie, dlaczego, odpowiedzial pokretnie niegramatycznie skladajac wypowiedzi. Obiecal, ze przyniesie namiary nastepnego dnia. Nie mial ich przy sobie w komorce. Obaj starsi mezczyzni brzmieli momentami bardzo wiarygodnie, co nie znaczy, ze sztucznie. Neurotyczny starszy barman od niechcenia czestowal mnie herbata.
Nastepnie udalam sie w poszukiwaniu kafejki internetowej. W pierwszej pracownik wielkim usmiechem reagowal na moje ostre protesty, by nie macal mi tlustymi palcami moich czystych plyt. Probowal zbackupowac moje zdjecia, z czego nic nie wyszlo. Moj quazi amerykanski akcent uslyszal jeden z klientow i zaprosil do swojego stanowiska. Przedstawil sie jako inzynier elektroniki z Iranu, ktorego podania o wize do Stanow zostaly dwukrotnie odrzucone. Nienaganna angielszczyzna przyznal, ze jest upokorzony, nie ma juz pieniedzy, spi w miejscach publicznych i nikt nie chce mu pomoc, a w Stambule nie ma pracy. Jedyne, czego oczekiwal ode mnie to to bym wiedziala, ze on istnieje. Akcent planowalam polamac wkraczajac do Iranu, ale zmienilam go nastepnego dnia.
Wracajac juz z innej kafejki do hostelu po 2 w nocy mijalam grupki turystow, miejscowych imprezowiczow, rodzine z 1.5-letnim dzieckiem na spacerze. W pol drogi podszedl i zaczal ze mna isc na oko 40-letni facet w piaskowym garniturze.
- Hostel? Hostel? - zapytal.
- Nie - odpowiedzialam.
- Seks?
- Co?
- Seks! Seks!
Zablyszczal zebami, a po uslyszeniu mojej odpowiedzi zniknal za rogiem.
Pol dnia frustrowalam sie z zapalem starajac sie zrobic czyste i ostre zdjecia w Muzeum Ayasofya / Hagia Sophia. Drugie pol frustrowalam sie, bo turysci poproszeni o zrobienie mi zdjecia ucinali pol budynku / robili nieostre / zamiast mnie jest glowa jakiegos przechodnia. Trzecie pol frustrowalam sie dla wprawy.
Poza tym zlokalizowalam Laznie Çagaloglu, dumnie i wrecz jaskrawo reklamowane wewnatrz jako najlepsze na swiecie. Self-service: 15 euro, najtansza opcja. Postanowilam wpasc nazajutrz.
Zahaczylam o Wielki Bazar, poznajac Elvisa handlujacego paszmirami, w sumie wyszlam nieco na plus kupujac 3, sukcesywnie pozbawiajac sie miejsca w plecaku. Zaprosil mnie do kafejki swojego ojca, obiecal, ze bedzie na mnie czekac. Po wypiciu filizanki jablkowej herbaty, na pozegnanie, za wszelka cene staral sie mnie pocalowac.
Drugiego dnia odwiedzilam Sultanahmet Camii. Milion bulgoczacych jak we wrzatku turystow a w tle chlodnie Blekitny Meczet. Nastepnie przechadzalam sie po parku graniczacym z Palacem Topkapi, ale nie kupilam wejsciowki [10 lir, kolejne 10 za sam Harem], gdyz bylo juz po 16stej, a Harem jest czynny do 17stej. Szczegolnie pamietam piekne fontanny i strzelisty soczyscie zielony drzewostan. Nastepnie udalam sie do dzielnicy Sarayburnu na polnoc. Na kamienistej "plazy" poznalam miejscowych Ramazana i Ömara. Nie znalismy slowa w jezykach drugiej strony, ale i tak oprowadzali mnie kilka godzin a wlasciwie podazali za mna krok w krok. Tureccy mezczyzni potrafia byc bardzo samoprzylepni wobec kobiet, a Europejek juz w ogole. Najwyrazniej wpadlam w oko Ömarowi, bo wytrwale czekal na mnie, az wyjde z Meczetu Yeni Camii. Jego kolega mniej wytrwale, ale i tak kawal drogi mnie odprowadzili. Pod koniec wspolnego wieczoru zaczelismy sie sprawniej porozumiewac, wymieniajac rzeczy, ktore sa güzel, czyli piekne - muzyka, samochody, Britney...
Jakoze do Stambulu przyjechalam nad ranem w niedziele, obudzilam sie gdzies ok. 12stej. Wyszlam na miasto oczywiscie z za ciezka 2x torba w mysl dewizy omnia meas mecum porto. Mijajacy mnie turysci mieli aparat i portfel. I hawajskie koszulki. Ale do niebrania ze soba butelki wody, czegos do przekaszenia, przewodnika, zapasu akumulatorow i in. jakos nie jestem sklonna.
Najpierw nadgryzlam dzielnice Lalei. Od razu zakrecilam sie w kafejce internetowej. Im blizej Sultanahmetu, czyli na wschod, tym drozej. Tam, na ulicy Selim Paşa Sk., godzina byla po 1 lire. Przekasilam kanapke z miesem i warzywami za 1.5 liry wzdluz glownej ulicy Dican Yolu. Herbata gratis.
Odwiedzilam Tulipanowy Meczet Lalei Camii, wracajac sie szlam drobniejszymi uliczkami zaslanymi zywnoscia skladowana przed sklepami. Tu jeszcze nikt mnie nie zaczepial. Wstapilam na plac Beyazit i do Meczetu Beyazit Camii. Gdy wyszlam, zagadnal mnie niejaki Ismael, lat jakies 45, wspolwlasciciel sklepu z bizuteria i dywanami w okolicy Cysterny Bazylikowej w Sultanahmecie. A przynajmniej tak twierdzil. Poczestowal mnie tam herbata, ale rownie dobrze mogl to byc sklep jego kolegi, ktory pozwalal mu tam dla szpanu sprowadzac laseczki. Zaczal sie bardzo doklejac, gdy zwrocilam mu uwage, przestal sie odzywac. Posiedzialam w jego towarzystwi chwile na wybrzezu po czym uciekl tlumaczac sie wizyta siostry. Ruszylam dalej Kenedy Caddesi wzdluz specyficznej sztucznej plazy utkanej z wielkich kamieni. Kazda ulice i uliczke, w ktora wchodzilam, zaznaczalam na mapie odpowiednim dla dnia kolorem. Czasami jednak glowilam sie nie mogac siebie zlokalizowac. Zdarzalo sie, ze po jednej stronie ulicy widniala tabliczka z jedna nazwa, natomiast po drugiej oznaczenie sugerowalo zupelnie inny adres. Bardziej zasobni i nieco mniej samodzielni turysci rzadko potrafili mi pomoc, nawet gdy wlasnie wyszli zza rogu, ktorego poszukiwalam. Ale brak orientacji miejscowych zaskoczyl mnie tym bardziej. Probujac odnalezc nasza loklizacje na mapie szukali jej w zupelnie innym miejscu lub wrecz po stronie azjatyckiej miasta. Szczegolne problemy z ulicami mialam ciut na zachod od Blekitnego Meczetu, gdzie nie udalo mi sie rozsuplac plataniny nieoznakowanych czasami ulic poslugujac sie dwoma mapami.
Przemieszczalam sie rowniez po zmroku, co zasadniczo nie jest rozsadne, ale miasto potrafi skrasc cenne minuty.
Po powrocie do pokoju hotelowego [brzmi bogato ] wlaczylam tv. Na kilku stacjach opisywano krwawy incydent w Stambule, ktory okazal sie 2 detonacjami bomb w robotniczej dzielnicy znacznie na zachod od mojej. Zginelo 17 osob, 154 zostalo ranne. Zeszlam na recepcje i poprosilam o tlumaczenie relacji. Recepcjonista pokrecil glowa na znak, ze nagle nie zna slowa po angielsku. Dowiedzialam sie w koncu szczegolow, ale przechodniow ani to grzalo, ani ziebilo. Poszlam w nocy szukac czynnej kafejki internetowej. Znalazlam, ale dwukrotne przerwy w dostawie pradu usunely mi wszystko co poinstalowalam. Dotarlam do innej i okazalo sie, ze ci, ktorzy napisali do mnie na gg nie maja pojecia o wydarzeniu, moi krewni zdaje sie do dzisiaj, gdyz nie dotarly do mnie jeszcze zadne glosy paniki.
Warszawa Centralna - Lancut pociag = 32.13 pln, 21:15 - 4:07, 24/25 lipca
Lancut - Przemysl pociag = 6.93 pln, 5:28 - 6:29, 25 lipca
Przemysl - Suceava autobus linii Tasa Suceava = 120 pln [oficjalnie brak biletow studenckich], 7:30 - [zalezy od fantazji kierowcy i czasu spedzonego na granicy - planowo 22:50], 25 lipca
Suceava - Stambul = 80 dolarow, 7:30 - 4:30, 26/27 lipca
Calkowity koszt Warszawa - Stambul wariant studencki = 323 pln, 55 godzin
Dla porownania, Pani w informacji Intercity cieplym glosem poinformowala mnie, ze bilet z Warszawy do Bukaresztu to w wersji ekonomicznej koszt rzedu 288 pln.
Slyszalam co prawda o opcjach, w ramach ktorych mozna za 500-600 pln obrocic w obie strony, ale nie bylam w stanie znalezc szczegolow. Poza tym - racjonalizujac - na obecnym etapie podrozy nie jestem w stanie sie zdeklarowac co do daty powrotu.
Rumunski tlumaczyla mi w kontaktach z kierowcami poznana w autobusie Elena. Dogadalam sie z kilkoma chlopakami w trasie, ze razem pojedziemy do Stambulu.
Ok. 14:00 przystanelismy po drodze, gdyz okazalo sie, ze most przed nami jest zalany z racji powodzi na Ukrainie na szeroka skale. Ciezko bylo dogadac sie z kierowcami nawet za posrednictwem innych, bo nikogo jakos specjalnie nie zainteresowalo, zeby znalezc inna droge na mapie. 2 godziny pozniej okazalo sie, ze mapy nikt nie ma, nawet kierowcy [w zasadzie kierowca, bo jego zmiennik od samego startu zaczal ostro tankowac]. Ciezarowka przeciagnela na nasza strone jeden autobus, ktory juz jednak nie zapalil. Kupiono w koncu mape od miejscowych, ale i tak jechalismy jakis czas za lokalnym, bo niektore uliczki nie byly ponoc oznaczone ani podpisane. Kierowca zazadal zlozenia sie po 3 euro zeby pokryc nadprogramowe kilometry, z czego wiekszosc wyladowala w wiadomym miejscu. Wszyscy mieli problemy z dodzwonieniem sie gdziekolwiek, byl zasieg, ale zglaszal sie nagrany komunikat po ukrainsku.
Dojechalismy w koncu do miasta 35 km od granicy, ale tam tez wszystkie wlasciwie drogi wylotowe byly zalane. Przynajmniej tam policja poprowadzila objazdy. W ciagu godziny udalo nam sie zrobic zgrabne kolko, ale i znalezc przejezdny most.
Na granicy rumunskiej wszystko poszlo gladko. Przyjechalismy do Suceavy gdzies o 2-3:00, nie zanotowalam tego. Pan z informacji na dworcu nie bardzo chcial nam otworzyc drzwi do poczekalni mruczac pod nosem, ale ostatecznie zdrzemnelismy sie w srodku. On w miedzyczasie wrocil do swojej kanciapy ogladac pornole. Pierwsze autobusy startuja w okolicach 7:00.
Po schodach na gore, w budynku dworca autobusowego, jest biuro firmy przewozowej Toros. Bilet do Stambulu kosztuje 175 RON / 80 dolarow. Wydaje mi sie to calkiem rozsadna cena. Wyjechalismy o 7:30, na miejscu mielismy planowo byc ok. 6 rano nastepnego dnia. Autokar jest bardzo komfortowy, mocne nawiewy, ktore, nie jak w Polsce, dzialaja, stoliczek w siedzeniu, glosnik nad kazda 2-jka z mozliwoscia wylaczenia, napoje serwowane co jakies 40 minut, pod koniec podrozy puscili na dvd jakas tradycyjna skladanke teledyskow w duchu rumunskiej tradycji, a potem film z Billy'm Zanem, ktory jako lysy facet jest wlasciwie tak samo przystojny i nieco bardziej demoniczny niz Timothy Olyphant w Hitmanie. Ciacho.
Granica rumunsko - bulgarska bezproblemowa ok 6:00 wieczorem.
12:30 rano granica bulgarsko - turecka, bugarska strona.
1:21 wyjazd z punktu tureckiego bulgarsko - tureckiej granicy. Na odprawie paszportowej placilismy juz dojezdzajac pani od napojow 10 dolarow za wize, ktora planowo miala byc 1 wjazdu, dostawalismy na granicy naklejki do wklejenia, ktore przy kontroli zbiorowej i tak odkleili i wymienili na wizy wielokrotnego wjazdu, 30dniowe. Przy odprawie celnej nalezalo wysiasc z calym swoim bagazem, rowniez z luku, i wylozyc wszystko na lawce, przychodzil facet w cywilnym ubraniu i sprawdzal zawartosc. Nie podobalo mu sie zwykle za duzo zywnosci, w tym napojow. Odprezeniem reagowal na potwierdzenie, ze jest sie studentem.
Do Stambulu dojechalismy pod baze Toros-u na ulicy Büyük Reşit Paşa Caddesi o 4:30. Maja bardzo przyjemna obsluge, skorzystalam z laptopa pracownika w biurze, by sprawdzic dostepnosc lozek w upatrzonych hostelach, ale okazalo sie, ze dwa dni w podrozy robia roznice i nic juz nie bylo wolne. Polecono mi Visa Hotel na tejze ulicy, jako godna opcje za 20 dolarow. Panowie w recepcji pograzeni byli w blogim snie przed plazmowym telewizorem, rownie niechetnie sie rozbudzili, co mowili po angielsku, ale za to z pelnym zapalem handlarza wywindowali mi cene na 25 euro. Ranek 27 lipca spedzilam w pojedynczym pokoju z lazienka, telewizorem [28 kanalow], lodowka [nie sprawdzalam, czy dziala] i klimatyzacja sterowana pilotem. Za 20 dolarow. Mimo, ze zmuszona bylam zostac w tym hotelu na noc 27 / 28 lipca, a zameldowalam sie rano przed godzina wy/kwaterowania [11/12:00 - opinie panow w recepcji sa tradycyjnie podzielone], nie doplacalam za technicznie kolejny dzien.
Wieczór w pełni, składam się za niedługo spać, rano wstaję na pociąg i jadę do Wrocławia pozałatwiać jeszcze kilka spraw, m.in. wyrobić duplikat legitymacji studenckiej, która zagubiła się przy pakowaniu.
Załatwiłam już główne szczepienia, WZW A, dur brzuszny, polio, wyniki krwi wykazały, że poziom przeciwciał w kierunku WZW B świadczy o odporności. Na wściekliznę się nie szczepiłam, gdyż zostałam w Rzeszowie w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej powiadomiona, że 2 z 3 dawek nie dadzą mi odporności, a wyjeżdzam już niedługo, więc nie zdołam przyjąć trzeciej. Jakaś to taka kultura w służbie zdrowia, że co województwo, to mają inne wytyczne odnośnie potrzebnych szczepień... W 2 innych placówkach poinformowano mnie wcześniej, że szczepienie to nie jest potrzebne przed, a po naruszeniu tkanki przez zwierzę. No ale tu już tylko odpukać.
Ponadto mam receptę na lek przeciw malarii Malarone. W życiu nie przypuszczałabym, że jest tak drogi, ceny zaczynają się od 157PLN za... 12 tabletek. Starczają one na 12 dni. A lek należy zacząć brać 1-2 dni przed wjazdem do strefy zagrożonej, podczas pobytu oraz w tydzień po wyjeździe. Jakoże nie planuję zostać w tej strefie 3 dni, jak by wynikało z niefortunnych obliczeń, muszę zakupić 2 opakowania.
Czytałam na internecie o innych lekach antymalarycznych:
-Larian
-Arechin [cena ok. 5PLN]
-Paludryna
Spotkałam się głównie z opiniami, że Larian oraz Paludryna mają sporo skutków ubocznych, natomiast Arechin jest słaby w działaniu. Co do tychże skutków zaliczano bóle brzucha, głowy, mdłości i nastroje depresyjne. Nie mogłam się doszukać ceny Larianu, a niektóre osoby wypowiadały się o tym leku dość pozytywnie wspominając o braku efektów niepożądanych.
Natknęłam się na informacje, że niektóre leki, po otrzymaniu na nie recepty, muszą zostać sprowadzone z zagranicy, co ma być poprzedzone zgodą ze, zdaje się, MSZ, nie jestem pewna, co wydłuża czas czekania.
Skontaktuję się jeszcze z Przychodnią Chorób Tropikalnych przy Wolskiej w Warszawie odnośnie tych leków, nie uważam za sensowne przepłacanie, ale z drugiej strony miłoby było znaleźć się w grupie niedoświadczającej jakichś uciążliwych skutków brania leku.
Rozpisałam się o samych lekach, a nie jestem jeszcze pewna, czy uzyskałam wizę turystyczną do Pakistanu, do którego to głównie potrzebuję tegoż specyfiku. Ale receptę wolę mieć zawczasu.
Upgrade'owałam sobie kilka mapek krajów, do których się wybieram, sugerując się informacjami zawartymi na stronie http://gis.hhs.gov/website/mrisk9/viewer.htm
-Pakistan - tu nie było potrzeby zakreślania miast czy rejonów, bo zagrożenie jest wg wszystkich źródeł, na jakie trafiłam, całkowite
-Turcja
http://i33.tinypic.com/157je6t.jpg
-Iran
http://i33.tinypic.com/2jeo3ub.jpg
-Syria
http://i37.tinypic.com/1zft0li.jpg
Tagi: malaria , leki , antymalaryczne , przeciw , malarii , malarone , lariam , arechin , paludryna , szczepienia , wzw , dur , brzuszny , wścieklizna , polio
Nigdy nie byłam specjalnie systematyczna w pamiętnikach, no - poza podstawówką, gdy z pasją skrupulatnie odnotowywałam skład spożytych posiłków. Ale przysiądę czasem do klawiatury, by oddać postępy, bądź ich brak, w przygotowywaniu podróży na Bliski Wschód i do Pakistanu.
Obecnie rezyduję w rodzinnej miejscowości, wymaglowana 3-tygodniową uczelnianą maligną i tygodniowym rajdem za wizami. Jak na razie - mam 2, do Libanu i Syrii.
Wiza do Syrii wielokrotnego wjazdu kosztowała 40 euro i czeka się na nią maksymalnie 3 dni.
Natomiast do Libanu [wymagana rezerwacja hotelowa] jest to 35 dolarów. Były szanse, że mogła być wyrobiona tego samego dnia, ale że budzik w telefonie komórkowym marki X zamarzył sobie, by tamtego dnia nie zadzwonić, nie zdążyłam stawić się od rana i rozmowę z konsulem miałam dzień później. Przypuszczam, że rozmowa ta nie jest obowiązkowa dla każdego ubiegającego się o wizę. Ale z racji płci uprzedzono mnie, że wymagana jest weryfikacja celu podróży, czy przypadkiem nie jadę się prostytuować.
Złożyłam też wnioski o wizy do Iranu, Pakistanu i Kataru.
Opłata za wizę do Iranu wynosi 240 złotych płatne na konto po otrzymaniu zgody, jest wyłącznie jednokrotnego wjazdu, co, przyznaję, kłóci mi się z planami tranzytu z Pakistanu i Omanu przez Iran, ale to jest do obmyślenia.
Wiza do Pakistanu jednokrotnego wjazdu to koszt 159 złotych, płatne od razu, wymagana rezerwacja hotelowa.
Wiza do Kataru kosztuje 55 euro, wariant 1 i wielokrotnego wjazdu według pracowników świeżo utworzonej w Warszawie ambasady kosztują po tyle samo. Warto nadmienić, że w tej placówce spotkałam się ze szczególną życzliwością. Rezerwacja hostelu również jest obowiązkowa, otrzymałam właśnie potwierdzenie od pracowników hostelu, więc po odesłaniu tej informacji do ambasady mogę odkreślić kolejną rzecz.
Niektórych wiz nie zorganizuję osobiście w kraju, jak to jest np. w przypadku Bahrajnu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tam wymagane jest skontaktowanie się z hotelami [co najmniej 4-gwiazdkowymi w przypadku Bahrajnu - jak twierdzi pracownik ambasady w Berlinie] bądź agencjami turystycznymi, by one złożyły wnioski w naszym imieniu na miejscu. Zajmowałam się tym przez ostatni tydzień i przyjrzę się temu bliżej po porządnej 14-godzinnej drzemce okraszonej, że się tak precyzyjnie wyrażę, wypasionym śniadaniem.
Z kolei jako obywatel Polski mogę zdobyć na granicy wizy do Turcji [15 dolarów bądź 10 euro, zależy, co się komu bardziej kalkuluje;)], Jordanii [16,5 euro] i Omanu [1 wjazd - 6 OMR, wielokrotnego - 10 OMR / 1 rial omański - 5.51 PLN; pracownik ambasady Kataru twierdził, że przyznana wiza do Kataru właśnie jest jednoznaczna z udzieleniem zgody na wjazd do Omanu, choć wizę do Omanu można również bez większych problemów - podobno - uzyskać na granicy].
Nie potrzebuję wizy do Zachodniego Brzegu. A do Strefy Gazy prawdopodobnie i tak mnie nie wpuszczą przez izraelski punkt graniczny, a do Egiptu się nie wybieram. Szkoda by było, bo Izrael sam w sobie ma coś magnetyzującego i z pewnością jest w nim co poznawać.
W międzyczasie dopinam kolejne kwestie, wykonuję telefony ;), nieśmiało konstruuję wstępny rys podróży i relaksuję się – w końcu to wakacje, nie maraton spotkań biznesowych. A poza tym, a może przede wszystkim – jestem na bieżąco z sytuacją polityczno – społeczną.
Tagi: Turcja , syria , Jordania , liban , palestyna , zachodnia , brzeg , strefa , gazy , Iran , pakistan , oman , zjednoczone , emiraty , arabskie , bahrajn , katar